
Od zeszłego tygodnia analizuję mój kosmogram. Robię to po raz pierwszy, horoskopy mnie średnio interesowały, ale astrologia zaczęła od jakiegoś czasu. Interesują mnie rzeczy, które uchylają rąbka Wielkiej Tajemnicy.
Niezwykłe jest, jak wiele z mojego horoskopu urodzeniowego pokrywa się z moim życiem. Pomyślałam, że gdybym go przeczytała wcześniej, tak jak teraz z wielu kątów i perspektyw, może byłabym dla siebie bardziej wyrozumiała w niektórych kwestiach. Może uważniej i czulej posłuchałabym głosów, które podpowiadały mi czego potrzebuję lub jaka jestem. Może byłoby mi łatwiej uporać się z niektórymi fazami życia? Może miałabym więcej odwagi? Może niektórych astrologicznych przekazów nie byłabym w stanie ani rozszyfrować, ani wykorzystać do praktycznych celów porządkowania mojej duszy i życia? Bo jednak pewne wydarzenia muszą być poddane organicznej obróbce, nie można ich pośpieszyć. Ani nie można im zapobiec. Proces poznawania siebie, wracania do siebie jest wielowarstwowy, złożony, wymaga cierpliwości, determinacji, odwagi.
Wiem, że na pewno można sobie pomóc. Wspierające środowisko jest absolutnie niezbędne do tych eksploracji, czy brania się za bary z materią życia.
I są momenty, kiedy nawet wspierające środowisko nie ulży, nie zmniejszy, nie uciszy trudu i bólu z którym musimy się zmierzyć. I piszę “musimy”, bo to jest uniwersalne doświadczenie. Nie spotkałam jeszcze osoby, która nie musiała się z czymś zmierzyć. “Musiała”, bo nie ma wyjścia, wybór jest prawie żaden. Microwybory —tak, zawsze są dostępne, ale te duże okoliczności życia się po prostu wydarzają, spadają czasem na nas, wchodzą drzwiami i oknami. Zdarza się, że wyglądają zupełnie niewinnie, ukrywają swoją tożsamość pod pozorami normalności. “To normalne”- mówimy, słyszymy. I kiedy zaczyna się dziać, okazuje się , że pozorna normalność otwiera drzwi do hadesu, czeluści, jaskini, czasem ciemnego pokoju lub korytarza, w których to przestrzeniach ukrywa się to coś, czego boimy się najbardziej. I zdarza się, że możemy uciec, na chwilę, na dłużej, i nigdy na zawsze. Często to przed czym uciekaliśmy wraca ze zdwojoną siłą i mówi: “Patrz, to znowu ja. Tym razem musimy pogadać, pogadać na poważnie”.
Czasem to coś spada w formie jakiejś okropnej tragedii, i nie ma żadnych przebrań – okropność jest prawdziwie okropna, trud jest prawdziwie trudny i desperacja prawdziwie desperacka.
Bywa, że to mierzenie się z okropnością, trudem, strachem trwa długo i myślimy, że się nie skończy.
We snach przeciskamy się w przez tunele, płoniemy żywcem, spotykamy się z wiedźmami, uciekam przed uzbrojonymi mężczyznami, którzy chcą nas zgwałcić, spotykamy nieżywe dziewczynki w windach. Strasznie jest i prawie nie do uniesienia ta straszność.
I w końcu, powoli, pojawiają się, często najpierw w snach, dobre lekarki i ktoś kładzie na sennej postaci ręce i mówi: “Już jest dobrze, już jest dobrze”. I po takim śnie, czujemy się jakby lepiej, chociaż jeszcze nie wierzymy. I w kolejnym śnie, mężczyzna już nie ma broni. Jest inny i patrzy na nas z radością w oczach i mówi: “Jak dobrze, że jesteś”. W innym, ktoś nas przytula, zamiast wiedźm pojawiają się dojrzałe mądre kobiety, które ofiarowują nam prezent, bo jesteśmy wyjątkowe. Dziewczynki chcą się bawić i są tak żywe, że budzimy się z uśmiechem na ustach.
I niby nic się wielkiego nie wydarza, niby nic, ale zauważamy że lżej nam się chodzi, ludzie mniej denerwują, coraz częściej chce nam się śmiać, robić i być. Słońce świeci jaśniej, deszcz intensywnie pachnie, chodniki błyszczą w świetle samochodowych lamp, jedzenie smakuje smaczniej.
W końcu, chce się żyć, znowu. Po prostu i nadzwyczajnie. I pojawia myśl, że mamy sens w tym wielkim kosmosie, że jesteśmy częścią sensu, którego nie umiemy ogarnąć umysłami, ale który zdarza nam się poczuć naszym cielesnym jestestwem.
Dodaj komentarz