Podchodzi do tego wspomnienia ostrożnie. Zbliża się do niego powoli, stąpając cicho i uważnie, jak do rzadko spotykanego kolorowego ptaszka, którego łatwo spłoszyć swoją obecnością. Zbliża się powoli, bo wie, że to wspomnienie zawiera moment, dla niej niewytłumaczalny. Obawia się, że jeśli ujawni zawartość tego wspomnienia zbyt wiele nie-jej myśli, odczuć i cudzych słów- rozwieją, zabrudzą, zakwestionują wyjątkowość tego momentu. A ona wie, co wie, czuje, co czuje.
Zbliża się więc ostrożnie, stąpa po cichu i oddycha po cichu, zagląda w ten moment raz jeszcze, teraz z zamiarem narysowania go słowami.
***
Marzec. Siedzę na plaży. Powiedziano mi, że dzień przed moim przyjazdem, przestało w końcu padać. Padało przez miesiąc codziennie, co na tej wyspie się nie zdarza. Anomalia pogodowe wywołane ociepleniem klimatu. W końcu otworzyło się niebo, w końcu można było wyjść na plażę. Odważniejsi i na ogół starsi ludzie, ubrali kostiumy kąpielowe i zanurzyli w śródziemnomorskiej wodzie, wystawiając potem swoją skórę na ciepłe promienie słońca, za którym się stęsknili.
Teraz siedzę na piasku. Sama. Po trzech intensywnych dniach z ludźmi, z językiem , w którym nie umiem się porozumiewać, chociaż słowa brzmią znajomo, potrzebowałam pobyć sama. Siedzę i wyciągam zeszyt. Zastygam nad pustą kartką, bo nie wiem od czego zacząć. Nie wiem, co jest ważne, bo wszystko jest ważne. Każdy z dni był wypchany po brzegi obrazami, odczuciami, myślami, emocjami, widokami i zapachami. Mogłabym wybrać którykolwiek fragment dnia i namalować obraz- gdybym umiała malować, lub skomponować arię – gdybym umiała komponować.
Z tego zamyślenia, wyrywa mnie głos: „Buon giorno segniora!” Zbliża się do mnie sprzedawca bransoletek. Mówi, że jest z Senegalu, pyta skąd ja. Odpowiadam. Oferuje swój asortyment nienachalnie i z uśmiechem. Starszy ode mnie mężczyzna z łagodnym wyrazem twarzy i dużą przerwą miedzy górnymi jedynkami. Dziękuję, on się nie przestaje uśmiechać i kiedy odchodzi robi mi się jakoś tak boleśnie przykro, kiedy patrzę na jego oddalającą się figurę w niebiesko białych spodniach i obszernym kaftanie. Przypomina mi się mój kolego z dawnej pracy, też z Senegalu, nauczyciel angielskiego, który emanował przystępną dostojnością, której nigdy nie zapomniałam, chociaż ostatni raz widzieliśmy się ponad dziesięć lat temu. Myślę sobie, że powinnam była coś kupić i zapłacić funtami. Myślę o książce Mohsina Hamida, „Exit West”, którą czytałam w samolocie. Książka o uchodźcach, przemieszczających się przez portale, które mają magiczną moc unieważniania granic. Płacą słono za dostęp do tych przejść w lepszą strefę geograficzną. Wchodzą w takie drzwi, na ogół uciekając przed wojną i okrucieństwem i lądują gdzieś, gdzie ma być lepiej, ale niekoniecznie jest. Może jest bezpieczniej, ale nikt ich nie chce. Te książkowe obrazy są we mnie żywe i myślę sobie, jednocześnie korygując moje myśli i moje wyobrażenia, że nie wiem jaka jest historia tego człowieka i nie wiem, czy kiedykolwiek uciekał przed okrucieństwem.
Nie wiem i pewnie on, nauczony doświadczeniem, nie przywiązuje zbyt dużej wagi do mojego aktu kupienia lub nie kupienia od niego bransoletki. Mówię sobie, co mówię, powstrzymuję impuls, żeby za nim pobiec, bo wiem, że ten impuls wiąże się też z czytaną w samolocie książką, i z sytuacją na świecie i z tym, że nikt nie chce uciekinierów w swoich krajach. Myślę, też o arbitralności “swoich” i nie swoich i o tym, jak ważne jest dla mnie poczucie bezpieczeństwa. I jak ważne jest ono dla innych matek i kobiet, i mężczyzn. Miesza się we mnie i fikcja, która karmi się rzeczywistością, i obrazy z telewizji, i clipy z telefonu i moje wyobrażenia i ta moja osobna chwila, z zeszytem nad już ciepłym morzem. I jestem pełna, pełna po brzegi. Oddycham.
Zaczynam coś notować, w nowym zeszycie, dwa dni po wiosennej równonocy. Notuję wycięta z mojego codziennego kontekstu. Jestem teraz sobą w tymczasowej wersji. Podnoszę oczy i niedaleko ode mnie widzę, kolejnego sprzedawcę, tym razem z szalami. Wiem, że można ich spotkać wszędzie, w Portugalii, Grecji, Włoszech, wiem, i nic nie zmienia tego, że czuję jak czuję.
Tym razem wyławiam banknot i kiedy mężczyzna podchodzi ze swoim „buon giorno”, wstaję. Podchodzę, witam się i patrzę. Jest młodszy ode mnie, wysoki. Duży mężczyzna z innego od mojego kontynentu. Patrzę mu w oczy, on nie. Pamiętam, że moi uczniowie z Afryki i Azji, raczej unikali kontaktu wzrokowego. Mówię po angielsku, chociaż włoski i francuski byłby bardziej na miejscu. Mówię pokazując mu moją torbę, że nie kupię nic od niego, bo nie zmieści mi się do mojego małego bagażu. Mówię, że daję mu ten funtowy banknot, nie mam euro, na szczęście, na good luck. Patrzę mu w twarz i czytam, czy go nie urażę. Bo on nie jest żebrakiem, i oboje jesteśmy ludźmi. Jego twarz mi pokazuje, że słucha i stara się zrozumieć, co mówię. Śledzi oczami, moją torbę i moje ruchy, czyta moją twarz unikając oczu. Kiedy podaję mu banknot, krzyżujemy ramiona, w takim braterskim geście i przez ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotykają, i widzę, że coś się w nim zadziewa. Cmoka mnie w dłoń. „Grazie seniora”, i patrzy mi w oczy. Ja patrzę w jego i mówie „Grazie a te” i też cmokam jego dłoń. Nie myślę nad tym, co robię. Impuls, jak błyskawica zbliża moje usta do jego dużej dłoni i całą sobą mówię, chociaż nic nie mówię i trwa to ułamek sekundy, mówię, że jestem wdzięczna za to spotkanie. Mówię, chociaż nic nie mówię : „chcę żeby ci było dobrze, chcę żeby ci było dobrze”. Powtarzam, good luck i szybko się od siebie oddalamy. Ja idę w moja stronę, zdumiona tym wydarzeniem, on idzie w swoją. Nie patrzymy na siebie po tym ułamkowym spotkaniu, które dla mnie miało moc eksplozji nuklearnej. Idę , stopy w chodnej wodzie. Przystaję i patrzę w morze. Jestem pełna po brzegi. Wysyłam tę obfitość czucia, które eksplodowało jak po zderzeniu dwóch atomów, wysyłam gdzieś tam w nieokreśloną dal i uwalnia się ze mnie, nie wiem co, ale się uwalnia. Robię się na chwilę przezroczysta. Rozmywam się, ulatniam w powietrze i rozpuszczam w morskiej wodzie.
Potem, kilka potem później, zaczyna się chmurzyć i mój czas na plaży dobiega końca. Dochodzę do okrągłej mini wieży i brzydkiego, opuszczonego budynku. Zawracam. Dzisiaj mój czterodniowy pobyt dobiega końca i wieczorem lecę do siebie. W oddali, na plaży widzę moich sprzedawców. Siedzą na piasku i rozmawiają. Nie chcę spotkać się ponownie z tym wysokim mężczyzną. Wstydzę się. Teraz byłoby mi niezręcznie spojrzeć mu w oczy – jak po momencie intymności, którego istnienia nie można zaprzeczyć jednocześnie kwestionując jego zaistnienie. Wiem, co wiem, czuję co czuję i zapamiętam, co zapamiętam.
Jednym z wyjść, skręcam w codzienność, ulicę i google maps prowadzące do włoskiej przyjaciółki i jej rodziny… Czuję zmęczenie, jak po wielkim fizycznym wysiłku.
***
O spotkaniu na plaży nikomu nie opowiada.
